Idzie nowe…(I)

Od września, po baaaardzo długiej przerwie, wracam do nauczania i to w niecodziennym wydaniu.

Do roli nauczyciela w polskiej szkole za granicą przymierzałam się już od jakiegoś czasu, bo zajmując się od kilku lat biznesem doszłam do wniosku, że jednak żaden sukces biznesowy nie daje takiego poczucia satysfakcji, jak nauczenie kogoś czegoś nowego i fajnego. Oczywiście nie ma się co oszukiwać, że jest to jakiś wielki altruizm z mojej strony – chodzi raczej o całkiem ego-centryczne poczucie, że człowiek do czegoś jednak się nadaje, że w jakiejś dziedzinie jest dla kogoś autorytetem i że może mieć wpływ na kształtowanie otaczającej go rzeczywistości w zakresie pozamaterialnym. Czyli władza bardziej niż pieniądze, które w tym akurat kontekście mogłyby być co najwyżej czynnikiem zniechęcającym. Ale może od początku.

Wyjechałam z Polski (a dokładniej mówiąc – ze Śląska) niemal 20 lat temu. Bynajmniej nie dlatego, że ten Śląsk mi się jakoś tam nie podobał, oj nie! Podobał mi się zawsze, nawet wtedy, na przełomie XX i XXI wieku, kiedy to Dworzec PKP w Katowicach był postrachem wszystkich podróżnych1, obecnie tętniąca życiem ulica Mariacka była mrocznym i cokolwiek przygnębiającym zagłębiem prostytucyjnym centrum, a o tym, że Giszowiec jest cudem architektury nikt nie wiedział, bo to przecież była po prostu mordownia. Ja oczyma duszy już wtedy widziałam widocznie ten potencjał i piękno miasta, które przeszło (i nadal przechodzi) metamorfozę niemal tak szokującą (choć zdecydowanie pozytywniejszą) jak świętej pamięci Gregor Samsa.

W związku z powyższym, wyjeżdżać mi było żal, ale jak człowiek jest młody, to z głupoty i miłości wiele jest w stanie zrobić, no i tym sposobem zostawiłam za sobą Silesię – pierwej na rzecz malowniczej Walii, potem niemal dorównującego Katowicom pod względem estetycznym Montrealu, następnie dosyć monotonnego i ponurego, a także upiornie wietrznego południa Anglii, a w końcu – dla zwariowanego do reszty Dubaju, do którego przyjechałam na trzy lata, które następnie zamieniły się w sześć, a potem nagle, nie wiedzieć kiedy i jak, w dziesięć. Co więcej, ta liczba stale rośnie, teraz już oscylując w okolicach 13, i w sumie końca nie widać.

Ponieważ mój wyjazd z kraju był całkowicie nieplanowany i w sumie nigdy przedtem nie rozważałam życia na obczyźnie, toteż do dzisiaj oswajam się ze swoją sytuacją geograficzno-sytuacyjną, stąd też chyba moje dosyć pogmatwane perypetie zawodowe, które przeciągnęły mnie przez wiele różnych ról, zadań i misji.

Gdyby jednak chcieć to wszystko jakoś uporządkować, to z pewnością przede wszystkim na początku byłam filologiem – nauczającym i tłumaczącym. I o ile tłumaczenie do mnie przylgnęło i trudnię się nim nieprzerwanie od ponad dekady, o tyle nauczanie jakoś się skończyło, ponieważ pochłonęły mnie inne sprawy (na przykład w międzyczasie zostałam też psychologiem, ale o tym kiedy indziej), w tym także dzieci, które – gdyby ktoś miał co do tego jakieś wątpliwości – są niebywale czaso- i energochłonnym przedsięwzięciem.

Niemniej jednak coś mnie nagle tknęło, doszkoliłam się w czym trzeba i od września zaczynam cosobotnią przygodę z językiem polskim i wiedzą o Polsce w Polskiej Szkole w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Będę niosła tytułowy kaganek oświaty przed narodem na wygnaniu i w sumie już nie mogę się doczekać. Przede mną lato poświęcone przygotowaniom do tej misji i rozmyślaniem nad tym, w jaki sposób najskuteczniej zaszczepić w dzieciakach żyjących w dubajskiej rzeczywistości pierwiastek polskości w sposób możliwie interesujący i bezbolesny.

Jest to co prawda tylko jeden dzień w tygodniu, niemniej jednak jestem niezwykle podekscytowana, a towarzyszące tej przygodzie poczucie misji jest niewspółmiernie duże.

Zatem tak, idzie nowe… ale ta wielka zmiana dotyczy nie tylko mnie, o czym więcej napiszę przy następnej okazji.

  1. Do dziś zdarza mi się spotkać mocno straumatyzowanych ludzi z mojego pokolenia, którzy – dojeżdżając na uczelnię w okresie studiów – zmuszeni byli korzystać z tego przybytku i zupełnie nie wierzą moim zapewnieniom, że Katowice to najpiękniejsze miasto na świecie, a już na pewno milion razy piękniejsze niż Dubaj. ↩︎

Dodaj komentarz