Idzie nowe… (II)

W ramach rozgrzewki i przygotowania do tego, co czeka mnie po wakacjach, wzięłam udział w szkoleniu dotyczącym programów autorskich w nauczaniu w szkołach polskich za granicą organizowanym przez ORPEG (dla niewtajemniczonych – podlegający Ministrowi Oświaty Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą). Zapisałam się na nie przede wszystkim z uwagi na towarzyszące mi obawy dotyczące lektur przewidzianych dla klasy siódmej, którą przyjdzie mi uczyć. Ponieważ w roczniku tym uczęszcza do szkoły także moje dziecko, orientuję się mniej więcej, do czego jest ono zdolne i z pewnością nie jest zdolne przyswoić bezboleśnie „Pana Tadeusza” czy „Quo Vadis”, a myślę, że nawet bolesne przyswojenie mogłoby być tutaj pewnym wyzwaniem. I nie sądzę, żeby był to wynik moich zaniedbań rodzicielskich, czy tegoż dziecka ułomności (ponoć jest ponadprzeciętnie uposażone, jeśli wierzyć standaryzowanym testom przeprowadzanym w szkole). Wynika to raczej z tego, że dziecko moje uczy się i żyje głównie w języku angielskim od urodzenia. Od urodzenia funkcjonuje w niepolskim kontekście kulturowo-społecznym. Dzięki pewnej mojej determinacji mówi po polsku niemal płynnie (choć zdarza jej się napisać „pływacz” zamiast „pływać” czy „czytacz” zamiast „czytać”). Niemniej jednak Panna Święta, co jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie to już może być trochę za dużo, jak na jej zdolności poznawcze.

Dodam, że wcale nie jest to dla mnie łatwe. Od zawsze kochałam literaturę. Pamiętam, że „Quo Vadis” wywarło na mnie niesamowite wrażenie, a „Lalkę” czytałam niemal z wypiekami na twarzy. Jak sobie w myślach wyrecytuję „Odę do młodości” czy niektóre wiersze Miłosza, Różewicza bądź Szymborskiej, to dostaję gęsiej skórki. Moje dzieci z kolei nie podzielają tego sentymentu. Tzn. trochę podzielają, póki to ja czytam, ale same raczej się nie palą do lektury, nawet w swoim języku bazowym, a co dopiero w tym polskim, który moje młodsze dziecię kaleczy i maltretuje przy każdej nadarzającej się okazji, a starsze jw.

Wracając do tematu, gnana obawami, zapisałam się na kurs, pragnąc dowiedzieć się, co zrobić, by zyskać większą kontrolę nad materiałem przekazywanym uczniom oraz sposobem jego przekazywania, no i, co tu dużo mówić – okazało się, że idzie nowe!

Przez dwie godziny wraz z około dwustoma nauczycielami ze wszystkich możliwych zakątków świata słuchałam czegoś, co dla moich ukształtowanych jeszcze za czasów komuny uszu brzmiało, musze przyznać, troszkę jak opowieści z mchu i paproci. Ponoć do lamusa ma odejść wiedza encyklopedyczna, wraz z większością lektur obowiązkowych, a nauczyciel ma podążać za uczniem i skupić się na kształceniu jego indywidualnych kompetencji. Teoria brzmi oszałamiająco wspaniale, bo teraz uczniowie będą się uczyli tego, co chcą i co ich interesuje, tak jak chcą, nabywając w tym procesie umiejętności, które pozwolą im przetrwać w dzisiejszym świecie, a przy odrobinie szczęścia – także w jutrzejszym. Oczywiście nie ma się czego obawiać, gdyż nauczyciele, którym brak polotu, intuicji i odwagi, nadal mogą korzystać z podręczników (ufff…) i recytować Inwokację. Jeśli nowe pomysły zostaną przyjęte, będziemy niemal z dnia na dzień mieć zupełnie nową szkołę. Niemal staniemy się bardziej fińscy niż Finowie.

Czy piszę o tym z przekąsem? Hmm… Powiedzmy, że mam mieszane uczucia. Po pierwsze, ilu w polskiej szkole (gdyż zmiany te dotyczą całego systemu edukacji, nie tylko szkół na obczyźnie) jest nauczycieli z powołania, świetnych pedagogów, którzy są gotowi na taki eksperyment? Ile w polskiej szkole jest dzieci, które są gotowe przejąć inicjatywę i wziąć odpowiedzialność za swój proces edukacyjny? I jaka jest szansa, że te dwie populacje są na tyle liczne, że cały ten plan nie spali na panewce? Poza zmianami w przepisach, jak Ministerstwo ma zamiar przygotować do tych rewolucji nauczycieli, którzy często kończyli studia w latach 90-tych lub (jak ja) w pierwszej dekadzie XXI wieku, i byli przygotowani do pracy według zgoła innych wzorców, że już o ich własnych doświadczeniach szkolnych nie wspomnę?

Swego czasu (daaawno temu) miałam okazję uczestniczyć w międzynarodowej konferencji edukacyjnej, gdzie analizowano wyniki testów PISA. Jeden z wykładów dotyczył tego, dlaczego – skoro wiemy od dawna, że kraje takie jak Finlandia czy Singapur (mimo całkowicie odmiennych systemów szkolnictwa) odnoszą największe sukcesy edukacyjne – nie przeniesiemy tych wzorców do innych państw. No i (niewiarygodne!) okazuje się, że dzieci w różnych krajach reprezentują (uwaga, szok!) odmienne kultury, co skutkuje nieuchronnie odmienną mentalnością i podejściem do nauki, a tym samym specyficznymi dla danego społeczeństwa stylami przyswajania wiedzy i dostosowanymi do nich sposobami jej przekazywania. Proste „kopiuj-wklej” po prostu nie ma szans zadziałać, jako że uwarunkowania kulturowe, kształtowane przez stulecia i utrwalane w kolejnych pokoleniach na przekór globalizacji, najzwyczajniej wygrywają z dobrymi intencjami reformatorów.

Czy zatem uważam, że nic nie powinno się zmieniać? Owszem, jak najbardziej. Ale powinny to być zmiany wprowadzane powoli i z głową. Najlepiej na początku w formie ściśle monitorowanych programów pilotażowych prowadzonych przez osoby doświadczone i otwarte na zmiany – pedagogów z powołania z wieloletnim doświadczeniem i kompetencjami pozwalającymi na poddanie efektów tych zmian wnikliwej i krytycznej ocenie. Niestety, takie podejście wymaga: po pierwsze, przemyślanego i dobrze zaplanowanego działania, a po drugie, jest długofalowe, a tymczasem – jak to bywa w demokracji – mamy wielką rewolucję, precz ze starym, idzie nowe! Sfatygowana przez ostatnie ponad dwie dekady kolejnymi radykalnymi iteracjami oświata ponownie przechodzi makeover, który najlepiej przeprowadzić na hurra, bo przecież zostały jeszcze niecałe cztery lata rządzenia. Nauczyciele są zapewniani, że mogą nadal uczyć według starych zasad, co oznacza, że dzieciaki, jak zwykle, będą poddane eksperymentom, do których sami eksperymentatorzy niezbyt mają jak się przygotować, bo przecież za chwilę lipiec, a nowe ramy programowe są, jak to się pięknie mówi w administracji, „w podpisie”, czyli jak ktoś przeczyta (albo i nie), to projekt zostanie zatwierdzony (albo i nie) i stanie się obowiązującą rzeczywistością. Z jakim skutkiem – czas pokaże.

R.I.P.

Czasem się zastanawiam, czy to rzeczywiście taka potworność, gdyby moje dzieci nie poznały nigdy Sienkiewicza, Mickiewicza, Fredry… Przecież miliardy ludzi na świecie nie znają i jakoś sobie w życiu radzą. Wyrośli na sensowne osobniki, a czasem nawet na okazy dość znakomite. A jednak ta nostalgia, którą zasiewa w człowieku doświadczenie emigracji, sprawia, że trudno mi przyjąć taki scenariusz. Myślę, że sporo było w mojej własnej edukacji momentów, które wydawały się bezsensowne, niepotrzebne i beznadziejne, ale które gdzieś tam na pewnym etapie człowiek zaczyna rozumieć czy dostrzega ich wartość. I oczywiście tak jest z całym ludzkim doświadczeniem, jednak pytanie, czy to, co włożymy w próżnię powstałą po „wiedzy encyklopedycznej” i literaturze trudnej będzie też niosło w sobie jakąś ponadczasową wartość? (I to jest ten moment, w którym wchodzę ja, cała w bieli, i w jakiś magiczny sposób zbawiam przyszłe pokolenie. Wszyscy są szczęśliwi i do końca życia będą pamiętać, że na Litwie rośnie gryka jak śnieg biała i bursztynowy świerzop. Kto tego nie wie, nie zasługuje na miano prawdziwego Polaka. KONIEC)

Dodaj komentarz