Dlaczego Polska to nie Finlandia?

Skąd tytuł? Polskie pomysły nowej władzy na zmiany w systemie edukacji pod wieloma względami przypominają model fiński – uczniowie będą niemal równorzędnym partnerem w kreowaniu swojego procesu edukacyjnego. Nauczyciel ma podążać za uczniem, który będzie zgłębiał tematy go interesujące i bliskie jego sercu w sposób dostosowany do jego stylu uczenia się, nauczyciel ma pobudzać ciekawość, pomóc uczniom w kształtowaniu kompetencji przyszłości, osobowości i właściwych postaw. Ma być mądrym liderem, a nie despotą, partnerem nastawionym na słuchanie, a nie mówienie, osobą, która zwiększa, a nie wytłumia naturalną w każdym dziecku chęć eksploracji i rozwoju. Harmonia, sielanka, współpraca. Czyż to nie brzmi cudownie?

Photo by Simon Berger on Unsplash

Pomysł, dodajmy, wcale nie jest nowy. Wielki boom na szkolenie kompetencji i odejście od wiedzy encyklopedycznej miał miejsce jakieś 30 lat temu, nauczycieli na potęgę szkolono w kreatywnym podejściu do nauczania, ale wydaje się, że pomysł nie do końca chwycił. Niemniej jednak, osiągnięcia polskich uczniów wcale nie ucierpiały na tym jakoś szczególnie i naprawdę od lat wypadamy całkiem nieźle na arenie międzynarodowej.

Trendy poziomu umiejętności demonstrowanych przez uczniów w zakresie czytania. zdolności matematycznych i nauk ścisłych

Tak naprawdę (mimo ogólnoświatowego spadku postpandemicznego, który dotknął także Polskę) prześcigamy wiele krajów Europy Zachodniej, a także naszych najbliższych sąsiadów, zatem można by uznać, że to inni powinni uczyć się od nas, a nie odwrotnie. Z jakiegoś jednak powodu uznano, że polskiej szkole należy się rewolucja, no i niech będzie. Jest to nie pierwsza rewolucja i nie ostatnia. Niemniej jednak, mam pewne wątpliwości co do konstruktywistycznych pomysłów, które mają zastąpić tradycyjne metody przekazywania wiedzy.

Wracając do tematu – dlaczego, w moim odczuciu, przeniesienie modeli fińskich (przykładowo) na grunt polski nie jest możliwe? Otóż jednym z czynników jest przepaść społeczna, która dzieli nas, jeśli chodzi o zaufanie i szacunek dla autorytetów. Otóż społeczeństwo fińskie, poza tym, że jest dosyć egalitarne, sporym zaufaniem darzy nie tylko współobywateli, ale także autorytety. Finowie ufają swoim władzom, władze ufają nauczycielom, nauczyciel to zawód dobrze wynagradzany i szanowany. Z drugiej strony – dystans między autorytetami a podlegającymi mu jednostkami jest mały. Zaufanie nie przekłada się na jakieś tam uwielbienie podszyte strachem.

Dla kontrastu, w Polsce, zaufanie i szacunek do władzy jest żałośnie niski. Możliwe, że jest to pokłosie PRL, gdzie władza była głównie przedmiotem żartów, ewentualnie pogardy lub nienawiści. Jakoś nam ten stosunek do rządzących pozostał, że już o zaufaniu nie wspomnę. Nauczyciel, który nawet przez tę władzę jest traktowany z buta, tym bardziej nie jest ani szanowany, ani postrzegany jako osoba kompetentna i tak naprawdę to, że cokolwiek umie i sobą reprezentuje jest podważane zarówno przez rodziców, jak i przez uczniów.

Nauczyciel w Finlandii, który jest postrzegany jako mądry, wartościowy i kompetentny lider, może puścić uczniów samopas i podążać za nimi bez obawy, że ci postanowią mu założyć kubeł na głowę, czy olać jego starania. Osiągnięcie takiego poziomu wzajemnego zaufania to nie jest kwestia przeredagowania ram programowych. To wymaga zmian na poziomie, o którym nie śniło się naszym rządzącym i którego nie są oni sobie w stanie wyobrazić, natomiast niezbyt zdaje się do nich docierać, że ten biedny początkujący nauczyciel, który niesie oświaty kaganek za minimalną krajową, po pierwsze – jest w oczach trzódki i jej rodziców często looserem, który najwidoczniej do niczego się nie nadawał. Godnym może pożałowania i współczucia, ale na pewno nie szacunku i uznania. Już nie mówiąc o tym, że – celem przetrwania i uniknięcia śmierci głodowej – najpewniej zabija się on nadgodzinami lub chałturzy na boku, przez co wymyślanie po pracy konstruktywistycznych metod aktywnego zaangażowania uczniów w formułowanie wiedzy w sposób twórczy i ciekawy jest na szarym końcu jego listy priorytetów.

Obejrzałam dzisiaj też bardzo ciekawy i w swojej esencji poruszający wykład o nauczaniu konstruktywistycznym: tutaj.

Mój problem z tym twórczym podejściem jest też trochę wynikający z doświadczeń osobistych (co oczywiście z naukowego punktu widzenia jest naganne, bo są to dowody anegdotyczne, zupełnie nieodzwierciedlające rzeczywistości). Otóż moje dziecko (system brytyjski) spędziło pół roku nad projektem dotyczącym starożytnych Rzymian. (Nie wiem dlaczego, bo mój trzy lata młodszy syn akurat uczy się o epoce wiktoriańskiej, więc trochę pomieszanie z poplątaniem, ale niech będzie.) W każdym razie po pół roku robienia tarcz, chodzenia w togach, wyszukiwania wiadomości i przygotowywania prezentacji o dzidach spytałam, co może mi powiedzieć ciekawego o tych Rzymianach. No i okazało się, że nic… Próbowałam coś pytać o Juliusza Cezara, czy był taki, o bogów… Nic. Możliwe, że moje dziecko jest odporne po prostu na nowatorskie metody nauczania. A może stosowanie tych metod wymaga lepszego przygotowania pedagogicznego nauczyciela do ich skutecznego stosowania?

Osobiście jestem zwolenniczką mądrego kompromisu, czyli jednak nieodrzucania całkowicie tzw. wiedzy encyklopedycznej, czyli dorobku naukowego i artystycznego poprzednich pokoleń, na rzecz samodzielnych poszukiwań. Niemniej jednak, uważam, że uczeń powinien móc wyrazić swoją opinię na temat tego dorobku i bawić się nim według własnych zasad, krytykować i tworzyć, pytać i błądzić bez negatywnych konsekwencji. I rolą nauczyciela jest do tego zachęcać, ale także odkrywać przed uczniami nowe światy, wskazywać im ścieżki, którymi warto podążyć, inspirować i wspierać. Myślę, że życie zweryfikuje pewnie moje podejście, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że język polski, w dodatku w sobotę, nie w każdym będzie wzbudzał entuzjazm. Mój cel minimalny jest taki, żeby lekcje nie były dla uczniów męką i nudą, żeby wiedzieli co i po co się na nich dzieje i żeby coś z nich wynosili – i to niekoniecznie zrozumienie martyrologii narodu polskiego czy Inwokację w głowie i w sercu, ale żeby to doświadczenie choć trochę pozwoliło im się świadomie stawać sobą. Żeby w rzeczywistości klasowej znalazła się choćby miniaturowa wersja teoretycznego raju.

Dodaj komentarz